Stowarzyszenie św. Celestyna powstało w 1991 roku. Za jego powstaniem stoją trzy kobiety – Krystyna Kobel-Buys, Małgorzata de Haan oraz Anna Kobel – które do dziś tworzą fundament tej organizacji. Aby jednak w pełni zrozumieć, skąd wziął się pomysł na jego powstanie, trzeba cofnąć się o kilkanaście lat – do wydarzeń, które na zawsze zmieniły ich życie i stały się początkiem tej historii.
25 lipca 1979 roku, w Szpitalu św. Anny we Wrocławiu, przyszedł na świat Krzysztof Tuszyński. Był silnym i zdrowym noworodkiem – ważył 5 kilogramów i otrzymał 10 punktów w skali Apgar. Nic nie wskazywało na to, że jego życie oraz życie jego najbliższych potoczy się inaczej, niż można było się spodziewać.
W pierwszych miesiącach życia Krzysztof rozwijał się prawidłowo. Z każdym tygodniem zdobywał nowe umiejętności, zaczynał pełzać i poznawać otaczający go świat. Wszystko zmieniło się w czwartym miesiącu życia.
Po szczepieniu u chłopca pojawił się ropny guz pod potylicą, który szybko osiągnął znaczne rozmiary. Towarzyszył temu niepokój, drażliwość oraz wyraźna zmiana zachowania. Krzysztof stał się niespokojny, często łapał się za uszy, a jego reakcje przestały być typowe dla niemowlęcia w jego wieku.
Zdecydowano o przeprowadzeniu zabiegu usunięcia guza. Po operacji jego stan uległ wyraźnej zmianie – stał się apatyczny, a napięcie mięśniowe znacznie się obniżyło. Choć nadal reagował na bodźce, było widać, że coś jest nie tak.
Jak wspomina Małgorzata: „Było widać, że jest coś nie tak. Jego rączki były opadnięte…”
Z czasem pojawiły się kolejne niepokojące sygnały. Rozwój, który wcześniej przebiegał prawidłowo, został zaburzony. Rodzice stanęli w obliczu trudnej rzeczywistości – pełnej pytań, niepewności i poszukiwania pomocy.
Rozpoczął się długi i trudny czas poszukiwania pomocy. Rodzina szukała wsparcia w różnych miejscach w całej Polsce, próbując znaleźć odpowiedzi na pytania, na które często nikt nie potrafił jednoznacznie odpowiedzieć.
Opinie lekarzy były podzielone. Jedni sugerowali konieczność przeprowadzenia kolejnej operacji, inni stanowczo ją odradzali. W tamtym czasie wiedza na temat podobnych przypadków była ograniczona, a dostęp do skutecznych metod leczenia – bardzo niewielki.
Dzięki ogromnemu zaangażowaniu mamy Małgorzaty, Anny Kobel, pojawiła się jednak nadzieja. To właśnie ona pomogła odnaleźć osobę, która wniosła nowe spojrzenie na sytuację Krzysztofa – dr Krystynę Methajzel, specjalistkę z dużą wiedzą i doświadczeniem.
Pod jej opieką wdrożono leczenie, którego Krzysztof – mający już wówczas trzy lata – wcześniej nie otrzymał.
26 kwietnia 1986 roku wydarzyła się katastrofa w Czarnobylu. Od tego momentu stan zdrowia Krzysztofa uległ dalszemu pogorszeniu – zaczęły pojawiać się lewostronne napady padaczkowe.
Początkowo stosowane leczenie farmakologiczne nie przynosiło oczekiwanych rezultatów. Każda kolejna próba była dla rodziny zarówno nadzieją, jak i ogromnym obciążeniem emocjonalnym.
W obliczu bezradności i ograniczeń ówczesnej medycyny Małgorzata zaczęła szukać wsparcia również w wierze – odnajdując w niej siłę do dalszej walki o zdrowie swojego dziecka.
W poszukiwaniu pomocy i odpowiedzi Małgorzata, wraz ze swoją mamą Anną Kobel oraz siostrą Krystyną Kobel, wyruszyły na pielgrzymkę do Częstochowy. Towarzyszyła im głęboka nadzieja, że wydarzy się cud – że Krzysztof, który poruszał się na wózku, zostanie uzdrowiony.
Tak się jednak nie stało.
Siedząc przed obrazem Matki Bożej na Jasnej Górze, Małgorzata mierzyła się z ogromnym bólem i bezradnością. Płakała, zadając sobie pytania, które w takich chwilach pojawiają się najczęściej – dlaczego to spotkało jej dziecko i czy znajdzie w sobie siłę, by dalej walczyć.
W tym trudnym momencie wsparciem okazał się ich bliski przyjaciel, Maciej. To on podsunął myśl, by nie tracić nadziei i spróbować kolejnej drogi – pielgrzymki do Lourdes.
W lipcu 1987 roku Małgorzata wraz z siostrą Krystyną i Krzysztofem wyruszyły w kolejną podróż. Pielgrzymkę zorganizowali jezuici z Wrocławia. Do Francji wyjechały dwa autokary pielgrzymów. Podróż była długa i wymagająca – noclegi odbywały się w różnych miejscach, m.in. w Niemczech w oazie księdza Blachnickiego, a także w kościołach i na polach namiotowych.
Ostatecznie pielgrzymi dotarli do Taizé, gdzie znajdowała się baza noclegowa. Małgorzata, Krystyna i Krzysztof zamieszkały w domu dla pielgrzymów.
W trakcie pobytu Małgorzata poważnie zachorowała. Została skierowana do szpitala polowego, przygotowanego specjalnie dla uczestników pielgrzymki. Przez kilka dni dochodziła do siebie, podczas gdy opiekę nad Krzysztofem przejęła jej siostra. Po czterech dniach, gdy poczuła się lepiej, wróciła do wspólnoty pielgrzymów.
Jednym z najważniejszych momentów tej podróży było spotkanie modlitewne po mszy świętej. Grupa pielgrzymów z Polski została przedstawiona wspólnocie przez jednego z braci. Wtedy brat Roger podszedł do Krzysztofa, pobłogosławił go i zaproponował wspólną modlitwę w jego intencji.
Do modlitwy dołączyli pielgrzymi z różnych krajów.
Jak wspomina Małgorzata, było to niezwykłe doświadczenie – „Ojcze nasz” odmawiane jednocześnie w wielu językach, pod rozgwieżdżonym niebem, w obecności ludzi z całego świata. Modlitwa trwała kilka godzin i była momentem głębokiego poruszenia oraz wewnętrznej siły.
Po jej zakończeniu cała trójka wróciła do miejsca noclegu.
Następnego dnia, w niedzielę, Małgorzata wraz z siostrą Krystyną i Krzysztofem udały się na mszę świętą. W jej trakcie Krzysztof był bardzo niespokojny i pobudzony, dlatego Małgorzata zdecydowała się wyjść z nim na zewnątrz, do ogrodu znajdującego się przy kościele.
Spacerując w ciszy w pobliżu kapliczki Matki Bożej, modliła się, wciąż mając nadzieję, że wydarzy się coś, co odmieni los jej syna.
W pewnym momencie zauważyła mężczyznę, który pojawił się zza skarpy znajdującej się przy wejściu do kościoła. Był spokojny i uśmiechnięty. Miał ciemne włosy, brodę i ubrany był w ciemne szaty przypominające habit. Na piersi widniał srebrny krzyż, a na plecach miał plecak.
Jak wspomina Małgorzata: „Nie mogę zapomnieć tej sceny – jego szerokiego uśmiechu i śnieżnobiałych zębów…”
Mężczyzna podszedł bliżej. Małgorzata, nieco zaskoczona i poruszona, odezwała się jako pierwsza:
„Jestem z Polski” – powiedziała.
„Wiem” – odpowiedział z uśmiechem.
„To jest mój syn, Krzysztof. Ma porażenie mózgowe, jest chory…” – zaczęła mówić.
„Wiem” – powtórzył spokojnie.
W tym momencie Małgorzata nie była w stanie wydobyć z siebie kolejnych słów.
Mężczyzna wyciągnął z habitu chustę, rozwinął ją i wyjął z niej Eucharystię. Przełamał ją na pół. Jedną część podał Krzysztofowi, wypowiadając przy tym słowa w języku, którego Małgorzata nie rozumiała.
Ku jej ogromnemu zdziwieniu Krzysztof uspokoił się i sam wychylił głowę, aby przyjąć Komunię Świętą. Było to dla niej szczególnie poruszające, ponieważ od czasu operacji nie obserwowała u niego takich reakcji.
Następnie mężczyzna podał drugą część Eucharystii Małgorzacie.
Po chwili odwrócił się i zaczął odchodzić. Zatrzymał się jeszcze na moment, spojrzał w ich stronę i z uśmiechem powiedział:
„Pamiętaj. Celestyn.”
Po tym spotkaniu Małgorzata czuła ogromne wzruszenie i radość. Miała poczucie, że wydarzyło się coś niezwykłego. Szczególnie poruszył ją fakt, że Krzysztof przyjął Komunię.
Jednocześnie w jej sercu pozostały słowa, które usłyszała. Nie rozumiała jeszcze ich znaczenia, ale czuła, że nie były przypadkowe – i że ta historia jeszcze się nie skończyła.
Kilka dni później Małgorzata wraz z siostrą Krystyną i Krzysztofem dotarły do Lourdes – miejsca, które od lat przyciąga pielgrzymów z całego świata.
Podczas pobytu Krzysztof został wykąpany w wodach źródlanych. Jak wspomina Małgorzata, początkowo była przerażona niską temperaturą wody, jednak towarzyszyła jej ogromna nadzieja. Wierzyła, że może wydarzyć się cud – że jej syn wyjdzie z wody o własnych siłach.
Tak się jednak nie stało.
Zamiast tego wydarzyło się coś innego – coś, co na zawsze zmieniło sposób patrzenia na chorobę i niepełnosprawność.
Małgorzata i Krystyna zobaczyły tysiące ludzi z różnych krajów. Wśród nich było wiele osób z niepełnosprawnościami. Jednak to, co najbardziej je poruszyło, to nie ich ograniczenia, lecz sposób, w jaki żyli i funkcjonowali w tej wspólnocie.
Na ich twarzach nie było smutku.
Była radość, spokój i akceptacja.
Wspólnoty, które tworzyły się wokół tych osób, dawały coś niezwykle ważnego – poczucie sensu, przynależności i godności. Pokazywały, że mimo trudności można żyć pełnią życia, będąc akceptowanym i wspieranym przez innych.
To doświadczenie stało się przełomowe.
To właśnie wtedy pojawiła się myśl, aby stworzyć w Polsce miejsce, które dawałoby osobom z niepełnosprawnościami to samo – wspólnotę, wsparcie i przestrzeń do życia w godności.
Po powrocie z Lourdes życie Krzysztofa nie zmieniło się w sposób, jakiego początkowo oczekiwano. Nie doszło do pełnego uzdrowienia, jednak wydarzyło się coś, co na zawsze zapisało się w pamięci rodziny – od tego momentu Krzysztof nie doświadczał już napadów padaczkowych.
Był to czas głębokich przemian. Doświadczenia wyniesione z pielgrzymki przyniosły nowe spojrzenie na chorobę, życie i możliwości niesienia pomocy. W sercu Krystyny i Małgorzaty zaczęła dojrzewać myśl, że to, czego doświadczyły za granicą, można i warto stworzyć również tutaj – w Polsce.
Z tej potrzeby, zrodzonej z osobistego doświadczenia, zaczęła kształtować się idea miejsca, które dawałoby wsparcie nie tylko Krzysztofowi, ale także innym osobom i rodzinom znajdującym się w podobnej sytuacji.
Doświadczenia wyniesione z pielgrzymki stały się początkiem realnych działań. Małgorzata, wraz z siostrą Krystyną i mamą Anną, postanowiły stworzyć w Polsce przestrzeń, która dawałaby osobom z niepełnosprawnościami i ich rodzinom podobne wsparcie, jakiego doświadczyły za granicą.
W 1988 roku, przy Parafii św. Elżbiety we Wrocławiu przy ul. Grabiszyńskiej, powstała pierwsza wspólnota. Dzięki życzliwości i wsparciu księdza proboszcza Franciszka Głoda możliwe było rozpoczęcie działalności oraz organizowanie pierwszych spotkań.
Założycielki otrzymały również możliwość bezpłatnego korzystania z Domu Rekolekcyjnego w Jugowicach. To właśnie tam zaczęła rozwijać się działalność, która z czasem przerodziła się w coś znacznie większego.
Wspólnota przyjęła nazwę Wspólnoty św. Celestyna.
Jej działalność opierała się przede wszystkim na organizowaniu wyjazdów dla rodzin wychowujących dzieci z niepełnosprawnościami. Odbywały się one dwa razy w roku i trwały około tygodnia. Był to czas wspólnoty, wsparcia i wzajemnego zrozumienia.
Podczas tych spotkań łączono rekolekcje z rehabilitacją, tworząc przestrzeń, w której rozwój duchowy szedł w parze z troską o zdrowie i codzienne funkcjonowanie uczestników.
Doświadczenia, które towarzyszyły im przez lata, oraz potrzeba niesienia realnej pomocy doprowadziły do podjęcia kolejnego, przełomowego kroku. W 1991 roku Małgorzata, wraz z siostrą Krystyną i mamą Anną, zdecydowały się na formalne założenie Stowarzyszenia.
Towarzyszyło im przekonanie, że nie trzeba wyjeżdżać daleko, aby zmieniać rzeczywistość – że można stworzyć miejsce pełne wsparcia i zrozumienia tutaj, na miejscu.
Dzięki pomocy ówczesnej burmistrz możliwe stało się pozyskanie nieruchomości pod działalność. Był to budynek po dawnym przedszkolu, położony w niewielkiej miejscowości Mikoszów, niedaleko Strzelina. Obiekt wymagał gruntownego remontu i przystosowania do nowych potrzeb.
Mimo to miejsce od początku miało w sobie coś wyjątkowego.
Budynek położony był w otwartej przestrzeni, wśród pól, z widokiem na wzgórza Strzelińskie. To właśnie tam zaczęła się tworzyć przestrzeń, która z czasem stała się domem dla wielu osób potrzebujących wsparcia.
Tak narodziło się Stowarzyszenie św. Celestyna – z potrzeby serca, doświadczenia i wiary, że nawet w najtrudniejszych sytuacjach można budować dobro i nadzieję.
Jak do nas dojechać?
Oferta
Przydatne linki
Organizacja
Info